RSS
sobota, 07 lipca 2012

Teraz o wszystkich perypetiach wagabundów dwóch w różnych zakątkach świata - tych minionych i tych nowych - przeczytać można w jednym miejscu, na:

los2vagabundos.blogspot.com

Wkrótce znów wyruszamy, więc do zobaczenia i przeczytania tamże.

end of road

środa, 16 czerwca 2010

00:22, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 czerwca 2010

wszystko ataturka

W Turcji wszystko jest Atatürka. Są parki Atatürka, lotniska Atatürka, ulice, bulwary i skwery, boiska, szkoły, teatry i kluby sportowe Atatürka. W ogóle Mustafa Kemal Paşa jest w Turcji wszechobecny, a widok jego oblicza towarzyszy ludowi tureckiemu na każdym kroku, każdego dnia, we wszystkich powszednich czynnościach.

Przede wszystkim z uśmiechem gwiazdy filmowej spogląda on z banknotów o wszystkich nominałach na bankierów, kasjerów, kelnerów, paserów oraz wszelkiej maści sprzedawców, kupujących i żebrzących. Jego pomniki w liczbie kilku zdobią place każdego większego i średniego miasta w tym kraju, a jego portrety wiszą nie tylko w bankach i urzędach, ale także w kasach biletowych na dworcach, recepcjach hoteli i pól namiotowych, sklepach spożywczych i wielobranżowych, czy wreszcie, przyklejone taśmą klejącą objeżdżają ulice na wózkach z kukurydzą i obwarzankami.

To wszystko na co dzień. W święta narodowe liczba przedstawień Atatürka w przestrzeni publicznej się potraja.

wszystko ataturka

wszystko ataturka

wszystko ataturka

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Na ulicach tureckich miast żyją bezpańskie psy. Nie pojedyncze sztuki, ale całe watahy psów – dużych i bardzo łagodnych. Szczerze zadziwiająca jest ich neutralność wobec ludzi. Nie są one oczywiście, z racji swej wielkości i miejsca zamieszkania, spragnionymi pieszczot kanapowcami, nie wykazują  jednak absolutnie żadnych oznak agresji. Zazwyczaj nie wykazują także oznak zainteresowania. Powiedzielibyśmy raczej, że na ogół manifestują wobec ludzi swój stosunek głęboko „olewajski”, wylegując się niewzruszenie w cieniu najbardziej obleganych zabytków lub na środku jezdni, gdzie z niespotykanym wśród tureckich kierowców spokojem, są omijane przez kolejne samochody.

o psach

Uliczne psy noszą w uszach kolorowe kolczyki z numerkiem. Nie jesteśmy pewni znaczenia tych kolczyków, ale domyślamy się, że miasta muszą tu prowadzić jakiegoś rodzaju ewidencję tego swoistego inwentarza. Prawdopodobnie pozwala im to także kontrolować jego rozmnażanie i stan zdrowia, bo wszystkie okazy jakie spotkaliśmy, wydawały się być we wzorcowej kondycji.

Mówi się, że muzułmanie nie lubią psów, bo prorok Mahomet był przeciwny ich trzymaniu w domach. Nie tylko dlatego, że uważał je za zwierzęta nieczyste, ale przede wszystkim, ponieważ za pieniądze przeznaczone na utrzymanie psa, można w łatwością nakarmić bezdomnego. Może rzeczywiście niewielu Turków przechadza się ze swoimi czworonożnymi pupilami na smyczy. Trudno jednak jednoznacznie orzec o ich antypatii do psów, widząc jak z obciętych plastikowych baniaków robią dla ulicznych kundli miski na wodę lub jak resztki z bufetów i kebabowych restauracji układają na papierze zawsze obok śmietnika.

Bezpańskie psy w Turcji wydają się stanowić konieczne i nieodłączne ogniwo miejskiego ekosystemu. W każdym razie wyglądają i zachowują się tak, jakby właśnie na ulicach były doskonale na swoim miejscu.

o psach

sobota, 12 czerwca 2010

Antalya to trochę porażka. Pięknie położona nad turkusowym morzem, z dramatycznie majaczącymi ponad plażą sylwetkami gór i fantastycznie odrestaurowaną ottomańską zabudową starego miasta, jakieś 10 lat temu miała ambicje i wszelkie możliwości, by stać się perłą Tureckiej Riwiery. Paradoksalnie jednak na jej wielką niekorzyść zadziałał fakt, iż Antalya jest najzamożniejszym i najszybciej rozwijającym się infrastrukturalnie miastem Turcji. W rezultacie plany uczynienia z niej sielankowego nadmorskiego kurortu w pewnym momencie potoczyły się nie do końca właściwym torem i Antalya stała się czymś na kształt Sopotu, tylko że wielkości Warszawy.

antalya

W zasadzie niewiele więcej mamy do powiedzenia o samym mieście, którego zwiedzanie może się śmiało zamknąć w 30 minutach. Chcielibyśmy natomiast (korzystając z okazji) gorąco polecić rodzinną restauracyjkę Huseina (zaraz za meczetem, naprzeciwko  Bramy Hadriana, od strony wyjścia z toalet), w której jadają tylko miejscowi, nikt nie mówi w innym języku niż turecki i nie ma nawet menu. Serwis jest za to pięciogwiazdkowy, a jedzenie pyszne, w dużych ilościach i za połowę ceny restauracji zgromadzonych na placyku między Starym Bazarem a Wieżą Zegarową, gdzie gdy zapada zmrok, zbierają się na żer wszyscy turyści Antalyi.

Pozdrawiamy Huseina, jego żonę i siostrę.

piątek, 11 czerwca 2010

Ostatniego wieczoru przed opuszczeniem Kapadocji postanowiliśmy wybrać się na wzgórze oficjalnie oznaczone na wszystkich lokalnych mapach jako najpiękniejszy punkt widokowy na zachód słońca.

Trochę nas zdziwiło, że droga w ten urokliwy zakątek przez finalne sześć kilometrów wiedzie szerokim asfaltem. Zdziwienie nasze wzmogło się jeszcze, gdy w pobliżu wzgórza, z coraz większą częstotliwością, zaczęły nas mijać pełne autokary wycieczkowe. Szczyt swój natomiast osiągnęło, kiedy na ciągnącej się wśród szczerych pól drodze, wyrósł szlaban z budką jakby celnika, z której wyłonił się pan, oznajmiając, iż podziwianie zachodu słońca kosztuje 1 lirę od osoby. Uiściliśmy opłatę (no bo jakże tu przegapić najromantyczniejsze widowisko w regionie), w zamian za co wręczono nam po oficjalnym bilecie na wzgórze, profesjonalnie wydrukowanym na kredowym papierze z hologramem i pieczęcią parku narodowego. Dzierżąc nasze bilety, poszliśmy dalej ku zachodzącemu słońcu, ku któremu z dużą prędkością, nie budząc już naszego zdziwienia, zdążało także parę samochodów dostawczych.

Kiedy równiusieńkim asfaltem dotarliśmy na wierzchołek, okazało się, że stoi tam zaparkowanych pięć autokarów a wokół nich, zbity w gęstą masę, kręci się podekscytowany tłumek turystów. W 100 procentach japońskich i w daszkach. Wokół tłumku natomiast kilku mężczyzn gorączkowo rozstawia, wydobywane na prędce z samochodów dostawczych, stragany z suszonymi owocami.

Słońce, widziane ze wzgórza, zaszło jak zachodzi co dnia, a największej atrakcji tego wieczoru dostarczył nam widok spóźnionego autobusu mknącego w stronę szczytu dokładnie w chwili, gdy ostatni promyczek gasł za horyzontem.

W sekundę później wszyscy Japończycy z torbami suszonych śliwek zapakowali się do autokarów i zniknęli. Kolejne trzy sekundy i odjechali swymi ciężarówkami sprzedawcy owoców. Najromantyczniejsze wzgórze Kapadocji opustoszało, a my jako jedyni opuściliśmy je na własnych nogach.

w stronę słońca

czwartek, 10 czerwca 2010

Jak można było wywnioskować z naszych wcześniejszych dywagacji, muzeum skalnych kościołów w Göreme nie urzekło nas swoim mega-turystycznym klimatem, jest natomiast absolutnym i bezdyskusyjnym „must see” Kapadocji.

Na wstępie czujemy się w obowiązku sprostować powszechnie panujące przekonanie, iż do muzeum należy udać się wcześnie rano, aby uniknąć tłumów. Otóż tłumów uniknąć się nie da, ani zaraz po otwarciu, ani tuż przed zamknięciem, ani w brzydką pogodę, ani nawet w święto narodowe (my byliśmy tam 19 maja).  Nadjeżdżające ze wszystkich stron świata autokary bezustannie wypluwają z siebie w okolice kas biletowych rzeki ludzi, które po przepłynięciu przez bramki wejściowe, wartkim i spienionym strumieniem wlewają się kolejno do wnętrz poszczególnych kościołów. Brak tu nie tylko romantyzmu i tego dreszczyku Indiany Jonesa, jakiego doświadcza się odkrywając zapomniane skalne świątynie w opustoszałych dolinach. Brak tu także zwyczajnej możliwości obejrzenia fresków, które po zakorkowaniu ludzkim czopem jedynego źródła światła, którym dla pozbawionego okien kościoła jest wejście, stają się po prostu niewidoczne.

A naprawdę jest tu co oglądać. Kapadocja już od IV wieku była bowiem największym ośrodkiem wschodniego monastycyzmu. Do dziś odkryto na jej obszarze około tysiąca wydrążonych w skale klasztorów, kościołów i kaplic, z których wiele zdobią dobrze zachowane freski. Co ciekawe, wyraźnie odzwierciedlają one echa ikonoklastycznej zawieruchy, jaka przeszła przez Cesarstwo Bizantyjskie w VIII i IX wieku. Obok pięknych figuratywnych przedstawień  świętych i scen biblijnych, zobaczyć tu można prymitywne geometryczne wzory, koślawe krucyfiksy i dziwne insekty o niezrozumiałej symbolice. Wszystko to malowane czerwoną farbą, niezręcznie, jakby ręką dziecka.

o muzeum musi być

(Tajemniczy rak-insekt i kurczak z Kaplicy Św. Barbary)

Najdoskonalej zachowane freski znajdują się w tzw. Kościele Ciemnym. Ich kolory pozostały tak samo żywe, jak były 1000 lat temu, ponieważ przez cały ten czas światło praktycznie nie miało do nich dostępu.

o muzeum musi być

o muzeum musi być

Plebiscyt na najciekawszą freskową historię wygrywa natomiast Kościół z Wężem, na którego ścianie widnieje taka oto postać:

o muzeum musi być

(Chodzi o postać z lewej)

Przypowieść mówi, iż żyła sobie pewnego razu przepiękna acz pobożna dziewczyna, której wdzięki sprowadzały na manowce myśli wielu mężczyzn. Nieboraczka, nie chcąc być przyczyną potępienia ich grzesznych  dusz, modliła się, by odebrano jej urodę. Dobrotliwy Pan Bóg wysłuchał jej próśb i zamienił ją w brzydkiego starca, któremu jednak pozostawił kobiece piersi (bo niezbadane są wyroki boskie). Zachwycony tym zrządzeniem starzec, żył jako pustelnik aż do końca swych dni i został Świętym Onufrym.

wtorek, 08 czerwca 2010

Nie wiadomo dokładnie kiedy ludzie zdali sobie sprawę, że miękkie kapadockie skały są doskonałym materiałem na dom, świątynię lub stajnię. Wiadomo natomiast, że swoje siedziby wykuwali w nich tutejsi chrześcijanie, wcześniej Rzymianie, a przed nimi Hetyci, choć prawdopodobnie to również nie oni wpadli na ten pomysł jako pierwsi. W rezultacie niemal każda nadająca się do zamieszkania skała poryta jest teraz siatką okien, drzwi, korytarzy i schodów. Niektóre z nich, mimo że dawno opuszczone, przy niewielkim wkładzie własnym,  jeszcze dziś mogłyby uchodzić za niezłej klasy kilkupiętrowe apartamenty. Inne są apartamentami sensu stricte, gdyż wciąż mieszkają w nich ludzie. W Kapadocji nie są bowiem rzadkością skały z wprawionymi drzwiami i oknami, z latarniami, antenami telewizyjnymi oraz ławką i ogródkiem. A gdy powiększa się rodzina, wystarczy tylko wykuć sobie dodatkowy pokój. Tanio, szybko, funkcjonalnie.

o domach w tufie kutych

o domach w tufie kutych

(Nawet stajnie nie zmieniły się tutaj za bardzo)

Poza pomieszczeniami codziennego użytku, w wielu dolinach, zupełnie niespodziewanie natknąć się można na stare kościoły. Niekiedy najbardziej niepozornie wyglądająca jaskinia kryć może w swoim wnętrzu  świetnie zachowaną trzynawową bazylikę z kolumnami, kopułą i grobowcami w przedsionku. Wszystko to wykute w litej skale!

o domach w tufie kutych

Najbardziej nieprawdopodobne są jednak całe skalne miasta, wyglądające jak olbrzymie termitiery, które zapewniały swoim mieszkańcom wszystko, czego po mieście można się spodziewać. Znajdowały się w nich hale do publicznych spotkań, magazyny towarów wszelakich, kuchnie, świątynie, hotele dla kupców i stajnie dla karawan, a nawet wytwórnie wina. Największe z nich, otwarte dla zwiedzających to Kaymaklı i Derinkuyu, dochodzące do 15 pięter i, jak się ostatnio okazało, połączone ze sobą prawie 10 kilometrowym tunelem!

My odwiedziliśmy Kaymaklı, gdzie zeszliśmy osiem pięter pod ziemię i zaręczamy, że system wentylacyjny do dziś działa bez zarzutu (a nie ma tam żadnej klimatyzacji).

o domach w tufie kutych

poniedziałek, 07 czerwca 2010

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

Ponad 300 milionów lat zajęło naturze ukształtowanie fantastycznego krajobrazu Kapadacji. Najpierw trzy wulkany Hasan, Melendiz i Erciyes ustawicznie zasypywały obszar pomiędzy sobą grubymi warstwami miękkiego tufu, od czasu do czasu urozmaicając sobie ten proces wybuchaniem i wypluwaniem ze swych przepastnych wnętrz potoków odporniejszej na erozję lawy. Przez następne kilka milionów lat woda i wiatr siłą torowały sobie ścieżki przez utwardzone wulkaniczne skały, aż wreszcie jakieś 2,5 - 3 tysiące lat temu swoje „trzy grosze” do obecnego image’u Kapadocji zaczął dorzucać także człowiek. W rezultacie powstał krajobraz tak niezwykły, iż często nazywa się go księżycowym i na pewno nikogo, komu dane było pospacerować kapadockimi dolinami, nie zdziwi fakt, że to właśnie tutaj, w Dolinie Ihlara postanowiono kręcić „Gwiezdne Wojny”.

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

Wędrowanie po Kapadocji jest bardzo przyjemne z co najmniej dwóch powodów. Pomijając pierwszy, oczywisty, a mianowicie niesamowite geologiczne piękno regionu i nadspodziewaną bujność jego przyrody (wulkaniczne gleby są bardzo żyzne), warto wspomnieć drugi, jakim jest absolutny brak dzikich turystycznych tłumów, które jeśli nie kotłują się w obrębie göremskiego muzeum, to prawdopodobnie jadą akurat autokarami do jednego z dwóch największych skalnych miast Kaymaklı bądź Derinkuyu. Poza tymi miejscami turystów prawie nie ma. Z rzadka słychać tylko brzęczenie (solo lub w duecie) silników quadów na szerszych i łatwiej dostępnych szlakach, wiodących do którejś ze sławnych Dolin Miłości.

Miejsc noszących taką nazwę jest w Kapadocji niemało, a zawdzięczają ją one swym oryginalnym skalnym formacjom o dość jednoznacznie sugestywnych kształtach.

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

czwartek, 03 czerwca 2010

goreme

Göreme to malutkie miasteczko w Kapadocji, którego oficjalne życie toczy się rytmem całkowicie podporządkowanym potrzebom turystów. Jest tu ponad 120 hoteli i pensjonatów, w większości wykutych w miękkiej wulkanicznej skale, by dać swym tymczasowym mieszkańcom złudzenie, iż zasmakowali tradycyjnego kapadockiego stylu życia (z bezprzewodowym internetem, klimatyzacją, breakfast included). Są też sklepy, w których nie kupują tutejsi i restauracje, w których nie jadają. Wieczorami zaś na głównej ulicy pojawiają się wąsaci panowie w haftowanych kamizelkach i fezach, z wielbłądami, na których można sobie zrobić zdjęcie lub nawet przejechać się wokół fontanny.

Turystki noszą tu kolorowe, zwiewne, elegancko skrojone szarawary, w których wyglądają jak współczesne Szeherezady. Miejscowe baby też noszą szarawary. Zwykle ciemne w drobny, gęsty wzorek, naciągnięte pod sam biust. Wyglądają w nich jak pękate matrioszki. Zasłaniają też dolną część twarzy, ale tylko poniżej nosa.

goreme

Turyści płci męskiej wydają się spędzać cały swój czas półleżąc na restauracyjnych otomanach z piwem Efes w jednej i nargilą w drugiej dłoni. Kiedy nie półleżą, ujeżdżają po najbliższej okolicy na quadach, wzniecając straszne tumany kurzu.

Poza tym wszystkim, Göreme jest jednak świetną bazą wypadową do pieszych wędrówek. Położone centralnie, u zbiegu najciekawszych dolin, daje możliwość zobaczenia w stosunkowo krótkim czasie wszystkiego, co Kapadocja ma najlepszego do pokazania.

goreme

Z życia pozaturystycznego, Göreme ma też nowiusieńki, odpicowany, choć niewielki meczet z doskonałym systemem nagłaśniającym, który nikomu nie pozwala przegapić pory na modlitwę. Wezwania muezinów w Turcji brzmią jednak – zupełnie inaczej niż w Maroku – tak pięknie i śpiewnie, że aż nie ma się żalu, iż trzeba ich słuchać o czwartej nad ranem.

goreme

20:22, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 czerwca 2010

Zjawiliśmy się na dworcu Harem w Istambule trzy dni przed planowaną podróżą do Göreme. W miarę szybko udało nam się w gąszczu kolorowych transparentów odnaleźć biuro, obsługującej trasy do Kapadocji, kompanii Nevşehir, gdzie szerokim uśmiechem powitał nas okrąglutki, wąsaty pan w drucianych okularkach, mówiący tylko po turecku. Mimo bariery językowej, a za sprawą dobrej woli wszystkich zaangażowanych interlokutorów, zakup biletu przebiegł jednak nad podziw sprawnie.

Odbywał się on głównie zaskakująco skuteczną metodą gestykulacyjno-piktograficzną, do momentu gdy pan (wskazując każde z nas długopisem) zasugerował, iż potrzebuje naszych nazwisk, po czym napisał na kartce bardzo długie słowo, zaczynające się od: SIGN... Błyskawicznie zadziałała nasza niebagatelna kompetencja językowa, nakazująca wnioskować, że chodzi o podpis. Podpisaliśmy się ku wielkiej uciesze pana, który uznał widocznie, iż nasza nieznajomość tureckiego ogranicza się tylko do języka mówionego i zaczął na piśmie, w zdaniach wielokrotnie złożonych, dawać nam szczegółowe wskazówki dotyczące wyjazdu. Tu jednak nasz poliglotyzm okazał się niewystarczający. Wzięliśmy więc karteczkę i, serdecznie dziękując, rozstaliśmy się w atmosferze obopólnego zadowolenia.

Kiedy trzy dni później ponownie przybyliśmy na dworzec, pan wyłowił nas spośród tłumu podróżnych i stosów bagaży. Schował nasze plecaki w swym bezpiecznym kantorku, a gdy przyszedł czas, wskazał właściwy autobus i pomachał na pożegnanie.

Może się powtarzamy, ale Turcy są naprawdę skrajnie mili.

O autobusach - kupić bilet

Sieć kolejowa w Turcji jest bardzo słabo rozwinięta, w wyniku czego wszelkie migracje wewnętrzne odbywają się tu autobusami. Wzdłuż i wszerz kraju przemieszczają się tym środkiem lokomocji nie tylko turyści, ale także (a właściwie głównie) całe tureckie rodziny wraz z dywanami, skrzyniami sadzonek  pomidorów, kartonami z 60-cio elementową zastawą stołową i całym dobrodziejstwem inwentarza.

Firm przewoźniczych są tu dziesiątki, jeśli nie setki. Z tego powodu dworce autobusowe często nie stanowią jakiejś zwartej bryły architektonicznej, są natomiast zlepkiem malutkich pokoików-kas biletowych z transparentami kompanii tak ciasno i chaotycznie poupychanymi jeden przy drugim, że nadmiar bodźców wizualnych przyprawia o zawrót głowy. Bądź przynajmniej o lekką konfuzję. Tak, na przykład, wygląda stambulski dworzec w porcie Harem, po azjatyckiej stronie miasta, z którego wyruszają autobusy na całą Turcję.

o autobusach

Znalezienie odpowiedniej kasy może zająć „chwilę”, dobrze więc zawczasu dowiedzieć się który przewoźnik obsługuje interesującą nas trasę, jak wygląda jego logo i dać sobie czas. Z uwagi na duże zainteresowanie, warto też kupić bilet z kilkudniowym wyprzedzeniem.

Kiedy jednak żmudny proces nabywania biletu zostanie uwieńczony sukcesem, gwarantujemy, że standard tureckich usług transportowych nie zawiedzie nawet najbardziej wybrednych. Przede wszystkim żadnych „ogórów”. Autobusy są nowoczesne, czyste i aerodymiczne jak statki kosmiczne. Na pokładzie bez przerwy urzęduje steward w białej koszuli i pod krawatem, serwujący wodę, kawę, herbatę i ciasteczka oraz wilgotne ręczniczki i wonne olejki odświeżające. Wszystko w cenie biletu! Podróż umila nam również wyświetlany w czasie jazdy film, a jeśli dworzec główny w jakimś mieście znajduje się w dużym oddaleniu od centrum, przewoźnik zapewnia nam również darmowy transport w jego okolice. Cud, miód i orzeszki...

Pozostaje nam tylko życzyć PKS-owi przejęcia przez tureckiego udziałowca.

poniedziałek, 31 maja 2010

o bazarach

Stambulskie bazary są bez wątpienia tym, co obok meczetów  i ulicznych korków, nadaje miastu jego koloryt. Największym i najlepiej znanym jest oczywiście Kryty Bazar (Kapalı Çarşı) zwany czasem Złotym od ilości sprzedawanego na nim szlachetnego kruszcu bądź tego, co za kruszec taki ma uchodzić. Jest on jednocześnie najmniej autentyczny, a miejscowych można na nim spotkać tylko w roli sprzedających.

Prawdziwe zakupowe szaleństwo odbywa się natomiast na bazarze nieformalnym, który samorzutnie i z naturalnej potrzeby wyrósł dookoła eleganckiej, wyposadzkowanej hali. Można tutaj nabyć wszystko, choć przeważa profil tekstylny, a stoiska wręcz uginają się pod stosami „markowej” bielizny Dolce&Gabana.

o bazarach

Każdy prawdziwy bazar oferuje bowiem na ogół szczególny asortyment przewodni. Jest więc stary Bazar Przyprawowy (Egipski), który obecnie poszerzył  swą działalność o sprzedaż artykułów ogrodniczo-zoologicznych, malutki bazarek książkowy czy bazar ze sprzętem wędkarskim i do nurkowania, tuż przy moście Galata po stronie Beyoğlu.

Co ciekawe, bazarowe reminiscencje widoczne są do dzisiaj w handlowej topografii miasta. Jak kiedyś szło się po konkretny zakup na konkretny bazar, tak teraz szuka się go w odpowiedniej dzielnicy. Są więc w Istambule ulice, wzdłuż których ciągną się wyłącznie sklepy AGD i inne, gdzie są same warsztaty szewskie lub wulkanizatorskie. Bardzo praktyczne, nie trzeba latać po całym mieście.

o bazarach

o bazarach

22:09, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 maja 2010

ayasofya

Ayasofya (znana lepiej jako Hagia Sophia) nie jest meczetem, choć każdego dnia pięć razy głos muezina wzywa z jej minaretów do modlitwy. Nie jest też kościołem, choć nazywa się ją „Największą Kopułą Chrześcijaństwa”. Ajasofya jest już tylko muzeum – olbrzymią, nieprzeciętnej urody gablotą na swoją burzliwą historię, która odbija się w architekturze i wystroju budowli jak w ponadczasowym lustrze.

ayasofya

Początkowo stała tu prosta rzymska bazylika, chociaż możliwe, że było coś jeszcze. Coś, o czym nigdy się nie dowiemy, bo ryzyko naruszenia konstrukcji uniemożliwia prowadzenie głębszych wykopalisk. W V wieku zbudowano kościół bizantyjski, który spłonął w czasie ulicznych zamieszek, a odbudowany został w zaledwie pięć lat pod rządami cesarza Justyniana. Jeszcze większy i piękniejszy!

Prawdę mówiąc, Ayasofya była przedsięwzięciem architektonicznym na niespotykaną wcześniej skalę. Mówi się, iż współcześni bali się wchodzić do jej wnętrza. Przerażeni ogromem przestrzeni i światła uważali, że ażurowa kopuła nie wytrzyma ciężaru dźwiganego kamienia i runie. Ale Ayasofya stoi do dziś.

ayasofya

ayasofya

Nie tracąc swego majestatu, przetrwała nie tylko trzęsienia ziemi, ale również dużo bardziej wyniszczające nawałnice ikonoklastów, krzyżowców i mahometan, którzy w 1453 roku, po zdobyciu Konstantynopola uczynili z niej meczet, ratując tym samym przed popadnięciem w ruinę.

Dzisiaj Ayasofya, opuszczona przez wszystkich bogów, jest tylko cichym świadkiem swoich zmiennych losów. Na jej porytych krucyfiksami ścianach, ponad miejscem koronacji chrześcijańskich cesarzy, wiszą medaliony z surami Koranu, a Maria Dziewica z bizantyjskiej mozaiki spokojnie rozpościera ramiona nad skierowanym ku Mekce mihrabem.

ayasofya

ayasofya

Turcy uchodzą za wielkich fanów futbolu. Nie kwestionujemy tej prawdy, jednakże z obserwacji naszych wynika, iż istnieją rozrywki o większym znaczeniu w życiu statystycznego obywatela.

Pierwszą z nich jest niewątpliwie picie herbaty. Herbata leje się tu strumienia, dawkowana na mini-szklaneczki, których wypija się dziennie dziesiątki, jeśli nie setki. Pije się ją w każdych okolicznościach, grupowo i indywidualnie, w kawiarniach, herbaciarniach, na parkowych ławkach, na promach (kursujących regularnie jako transport publiczny między dwoma brzegami Bosforu) lub zwyczajnie na ulicy, gdzie w każdej chwili można ją nabyć za 50 kuruşów (ok. złotówkę) od sprzedawcy orbitującego po dzielnicy z blaszaną tacą na pałąkowatym uchwycie. Wielu Turków wykonuje swe codzienne oraz zawodowe czynności, w jednej dłoni nieprzerwanie dzierżąc szklaneczkę herbaty. To chyba trochę jak nerwica rąk – tracisz szklaneczkę i nie wiesz, co robić.

o sportach narodowych

Kolejną rozrywką absolutnie narodową jest – często powiązana z herbatą – gra w tavlę. Tavla to turecki tryktrak, którego zasad osobiście nie zgłębiliśmy, ale zważywszy na częstotliwość i zaangażowanie z jakimi gra się w tavlę w tym kraju, muszą być one nadzwyczaj wciągające. Co istotne, gra ta wywołuje równie silne emocje u grających, jak i u otaczających ich ciasnym kręgiem kibiców.

o sportach narodowych

Poza tym w Turcji namiętnie i obsesyjnie łowi się ryby. Łowią wszyscy: mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, zawodowcy i amatorzy. Skala tego zjawiska widoczna jest szczególnie wyraźnie w centrum Istambułu, którego wszystkie mosty usiane są gęsto stłoczonymi przy barierkach wędkarzami. Wydaje się przy tym, że spędzają oni na swych miejscówkach ok. 24 godzin na dobę, a wszystkie ich potrzeby zaspokajane są regularnie przez kursujących w tę i na zad sprzedawców obwarzanków, kebabów, pieczonej kukurydzy, schłodzonej wody i piwa, chusteczek higienicznych, żyłek, spławików i przynęty oraz oczywiście herbaty.

o sportach narodowych

Łowi się wszystko, co w swym zaśmieconym nurcie Bosfor niesie między puszkami po coli, paczkami po chipsach i starymi kapciami. Przeciętnej wielkości ryba ma zwykle wymiary kijanki, ale widocznie tutaj rozmiar naprawdę nie ma znaczenia.

Na koniec jest jeszcze rozrywka, która nie cieszy się zbytnią popularnością wśród miejscowych, a nastawiona wydaje się być głównie na zysk finansowy organizatorów. Uczestniczących w niej widzieliśmy tylko zagranicznych turystów lub tureckie dzieci, a i to nie często.  Jest to mianowicie strzelanie z wiatrówki do balonów i puszek. Nie wiemy, czy coś się wygrywa, czy strzela się dla samej przyjemności strzelania, ale obstawiamy to drugie.

o sportach narodowych

czwartek, 27 maja 2010

Pojęcie sjesty w tradycyjnym, śródziemnomorskim rozumieniu w Turcji nie istnieje. Nie oznacza to jednak, że nie istnieje praktyka sjestowania. Sjesta turecka jest po prostu niesformalizowana, nieograniczona przedziałami czasowymi i niewyznaczona odgórnie obyczajem społecznym. Inaczej niż np. w Hiszpanii, – gdzie w momencie wybicia pierwszej, wszyscy nagle padają tam, gdzie stali, jakby rozładowały im się baterie, – w Turcji jednostki padają indywidualnie wtedy, gdy uznają to za stosowne. Nie ma przy tym reguły, że sjesta powinna odbywać  się we wczesnych godzinach popołudniowych. Każdy bowiem sam wie najlepiej, kiedy jego organizm znajduje się na granicy wyczerpania.

sjesta po turecku

sjesta po turecku

22:16, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »

o meczetach - wskazówki praktyczne

- Przed wejściem do meczetu należy w wyznaczonym miejscu zdjąć buty. Problem dużej ilości walającego się przed progiem i gubiącego obuwia został w Turcji bardzo mądrze rozwiązany. Każdy mianowicie częstuje się przed wejściem plastikowym woreczkiem, w którym może obnosić swe trampki bądź sandały po całym przybytku bez obawy o pomyłkę czy zagubienie.

- Jak w każdej świątyni, również w meczecie obowiązuje odpowiedni strój. Należy przede wszystkim okryć gołe ramiona i nogi (nie głowy!). Dotyczy to na równi kobiet i mężczyzn. Kwestia wakacyjnego ubioru odwiedzających została ponownie sprytnie wzięta pod uwagę i przed wejściem do meczetów, ładnie złożone na półeczkach leżą chusty i długie spódnice na rzepy, które można sobie bez problemu zaaplikować na szorty i podkoszulki.

- Okrywanie głów przez kobiety jest mile widziane, ale nie wymagane. Czasem oczekuje się tego w przypadku meczetów, umiejscowionych bardziej na uboczu, które nie przeżywają turystycznej nawałnicy każdego dnia. Ważniejsze jest jednak, żeby nie świecić gołym pępkiem, a nierzadko zdarza się widzieć w meczetach turystki paradujące z pięknie upiętą na rozwianych włosach chustą, choć w szortach i króciutkim topie.

- Jako turyści nie powinniśmy podchodzić bezpośrednio do mihrabu (wnęki wskazującej kierunek Mekki). To jest miejsce dla modlących się i należy uszanować ich skupienie. W większości meczetów znajdują się tabliczki z prośbą o nieprzekraczanie konkretnego punktu. Zaręczamy, że nie ograniczają one zbytnio turystycznej swobody przemieszczania się ani fotograficznej swobody twórczej.

o meczetach - wskazówki praktyczne

- W niektórych meczetach jest specjalnie wyznaczone miejsce do modlitwy dla kobiet. Jeśli odwiedzamy taki właśnie meczet, mężczyźni nie wchodzą i nie zaglądają natrętnie za osłaniające je parawany.

- Meczety zamykane są dla zwiedzających w czasie wspólnej modlitwy. Jeżeli więc wybieramy się specjalnie do konkretnego meczetu, warto najpierw sprawdzić godziny jego zamknięcia danego dnia.

- Za wstęp do meczetu nigdy (NIGDY!) nie pobiera się opłaty. Nawet wejście do budowli tak sławnych i tłumnie odwiedzanych przez turystów jak Błękitny Meczet, jest darmowe. Niekiedy przy wyjściu ustawiona jest skrzynka na datki, które przeznacza się w całości na cele charytatywne. Są one absolutnie dobrowolne, nie ma żadnego nakłaniania, żadnych ministrantów z tacą.

o meczetach - wskazówki praktyczne

- Powyższe zasady dotyczą odwiedzin w świątyniach Istambułu lub innych dużych miast. W małych miejscowościach, gdzie żyją dość zamknięte społeczności, ludzie, choć przychylnie nastawieni do turystów, nie spodziewają się po nich, by odwiedzali ich meczet. W wielu wioskach, a także fundamentalistycznych dzielnicach miast, przestrzega się obowiązującej w innych krajach muzułmańskich zasady, że kafirom (niewiernym) do meczetów wstęp wzbroniony.

o meczetach

Meczety to jeden z najmilej wspominanych przez nas aspektów tego kraju. Nie tylko ze względu na ich architektoniczne piękno (które trudno pominąć milczeniem, jeszcze trudniej natomiast zwerbalizować), ale również ze wględu na ich użyteczność społeczną i praktyczną funkcjonalność.

Zacząć należy od tego, że w Turcji niewiernym wolno wchodzić do meczetów, co sprawia, iż najbardziej znane świątynie w historycznych dzielnicach roją się od biegających chaotycznie, nawołujących się głośno i strzelających fleszami na wszystkie strony turystów. Trudno się tam modlić (toteż nikt tego nie robi) i trudno poczuć prawdziwą atmosferę tych miejsc (vide: Błękitny Meczet w Istambule).

Zupełnie inne są meczety trochę oddalone od ścisłego turystycznego centrum, gdzie nie dojeżdżają wycieczki autokarowe, a nikomu nie chce się drałować z buta. Budowle te często w niczym nie ustępują urodą, tym największym i najbardziej promowanym, a w dodatku można spokojnie, bez nerwów i pośpiechu podziwiać ich nieprawdopobny wystrój.

o meczetach

Meczety są nie tylko domami modlitwy, ale także swego rodzaju oazami spokoju pośród zgiełku pędzących, tętniących klaksonami miast. Sami niejednokrotnie, zmęczeni długą wędrówką po zatłoczonych, upalnych i hałaśliwych ulicach Istambułu, wstępowaliśmy choćby na chwilę do mijanego meczetu, by posiedzieć na miękkim dywanie i odsapnąć w przyjemnie chłodnym wnętrzu.

I jeszcze kwestia bardzo ważna. Wszystkie meczety wyposażone są w czyste, zadbane toalety i dają sposobność do obmycia się z kurzu i potu, co przy tureckiej pogodzie, zwłaszcza latem, jest nader użyteczne. Nie trzeba więc chodzić po mieście z ociekającym czołem, klejącymi rączkami, ani (w sytuacji awaryjnej) biegać rozpaczliwie w poszukiwaniu publicznych toalet.

o meczetach

środa, 26 maja 2010

Stambulski ruch uliczny jest już chyba legendarny. Specyfika jego polega głównie na korkach, które trudno opisać słowami, a żeby wyrobić sobie o nich choć nikłe pojęcie, wystarczy wyobrazić sobie, że w mieście wielkości dziesięciu Warszaw każdy dojeżdża i wraca z pracy mniej więcej o tej samej porze. Każdy próbuje przy tym wywalczyć sobie choćby skrawek wolnej przestrzeni, lawirując, wymijając, wyprzedzając, zajeżdżając drogę i wpychając się swym pojazdem gdzie tylko się da.

Klasyczne pojęcie pasa ruchu w Istambule nie funkcjonuje. Istnieje w zasadzie tylko w teorii, a właściwie w formie dobrze nam znanej linii malowanej na asfalcie, ale rzeczywiste zasady jazdy wyznacza tu murek wbetonowany po środku jezdni, odgradzajacy od siebie dwie wzburzone, kotłujące się rzeki samochodów podążające w przeciwnych kierunkach.

Bezpieczeństwo pieszych zapewniają krawężniki półmetrowej wysokości, na które trudno wejść, nie mówiąc nawet o wjechaniu wózkiem inwalidzkim lub dziecięcym. Krawężniki te nie tylko chronią życie i zdrowie mieszkańców miasta, ale również utrzymują ich w świetnej kondycji fizycznej (zupełnie jak stepper gimnastyczny i za darmo). Przejścia dla pieszych są, z zebrą i światłami, ale przechodzi się wtedy, gdy na skraju rwącej ulicy zbierze się wystarczająco duży tłumek, by wylec na nią ławą i masą swą wstrzymać ruch albo – w przypadku tłumku niewystarczająco licznego – gdy wyłoni się spośród niego lider o nerwach ze stali i charakterze dość silnym, by porwać resztę za sobą.

I jeszcze sprawa kluczowa: klaksony. Klakson jest w Turcji urządzeniem absolutnie niezbędnym, bez którego pojazd uważa się za niesprawny i niezdolny do uczestnictwa w ruchu drogowym. Trąbi się bowiem niemal bezustannie od momentu przekręcenia kluczyka w stacyjce, do chwili zgaszenia silnika. Pojazd w ruchu onacza pojazd trąbiący, a po Istambule porusza się jednocześnie ok. 1,6 miliona samochodów i każdego dnia rejestruje się 640 nowych. Nie wiemy, ile to decybeli.

o jeżdżeniu i trąbieniu

(Na zdjęciu inwalida-kamikadze)

W Turcji, podobnie jak w Maroku (i jak nam się zdaje również w innych krajach o tradycjach muzułmańskich) częścią dbania o porządek jest częste i obfite polewanie wodą ziemi wokół domów, sklepów, stoisk na bazarach. Jest to czynność jak najbardziej zrozumiała i praktyczna, zważywszy jak bardzo może kurzyć się w gorącym i suchym klimacie.

W Istambule tradycja polewania także jest kultywowana. Z plastikowych butelek polewa się więc asfalt i betonowe chodniki, by okolica butiku, kantoru, wózka z kukurydzą czy sklepu z pamiątkami wyglądała schludnie i czysto. Praktykę tę wciąż wpisać można w nurt minimalizowania szkodliwego wpływu przedmuchiwanego arteriami miasta piasku i kurzu.

Problemów interpretacyjnych nastręczyło nam natomiast polewanie podłogi wokół muzealnych gablot. Cóż, jak to mówią: „Przyzwyczajenie drugą naturą”.

W Istambule (podobnie zresztą jak w innych odwiedzonych przez nas miastach) wręcz obsesyjnie dba się o czystość. Trudno powiedzieć, czy to wrodzona ogólnoturecka skłonność, czy po prostu usilne dążenie władz, by z Istambułu uczynić nowoczesną, atrakcyjną dla turystów metropolię. W każdym razie miasto (również jego bardzo nieturystyczne dzielnice) w niczym nie przypomina brudnego i cuchnącego Istambułu, w którym ścieki płynęły głównymi ulicami, a szczury wielkości mniejszych psów hasały radośnie pomiędzy straganami, jaki znaliśmy z opowieści Taty, który oglądał miasto we wczesnych latach 90.

Prawda, że w Turcji śmieci się dużo. Z jednej strony dlatego, że istnieje powszechne społeczne przyzwolenie na rzucanie śmieci na ulicy. Z drugiej, bardzo prozaicznej, ponieważ w miastach , takich jak Istambuł, który liczy 15 (według niektórych raportów nawet 18) milionów mieszkańców i hordy turystów, produkcja śmieci odbywa się w tempie błyskawicznym i żadne, nawet sukcesywnie opróżniane śmietniki nie są w stanie pomieścić tak olbrzymiej ilości odpadków.

Dzisiaj jednak, każdego dnia legiony sprzątaczy odzianych w oficjalne uniformy z herbem miasta na jednej i flagą Turcji na drugiej piersi wylegają na ulice, place i skwery, by zamiatać, kosić trawniki, pielić klomby, malować ławki i słupki. Każdej nocy natomiast, gdy zapada zmrok kolejne armie ekip sprzątających wyruszają do boju w malutkich, kompaktowych śmieciarkach, pojazdach do zmywania bruku lub pieszo, dzierżąc miotły, szufle, szpikulce do zbierania papieru, ciągnąc za sobą wielkie kubły na śmieci. I tak dzień w dzień, noc w noc, czynią życie w tureckich miastach nie tylko możliwym, ale również coraz przyjemniejszym.

o śmieciach i sprzątaczach

o śmieciach i sprzątaczach

o śmieciach i sprzątaczach

Na ulicach Istambułu bardzo łatwo zrozumieć, że w Turcji chusta nie jest narzędziem zniewolenia kobiet. Zdecydowanie nie może też uchodzić za atrybut starszego pokolenia czy zagorzałych konserwatystek. Chusta jest tu przedmiotem wyboru, o czym najlepiej może świadczyć fakt niepowodzenia prób odgórnego zakazu jej noszenia w ramach szaleńczego pędu do sekularyzacji i europeizacji państwa.

Nie są tu rzadkością rodziny, w których matka nosi się całkiem „z europejska” a córki - bądź jedna tylko z córek - chodzą w chuście. Jest to często wyraz poszukiwania siebe w zunifikowanym i zglobalizowanym świecie, wynik stawiania sobie pytań o własną tożsamość, tych samych dokładnie pytań, jakie w dzisiejszych czasach zadają sobie młodzi ludzie na wszystkich kontynentach.

Warto przy tym dodać, że młode Turczynki nie noszą byle czego. Ich głowy nierzadko spowijają zawoje z logo Diora czy Louis Vuittona, a reszta ubioru nie odbiega od najnowszych trendów mody. W drogich butikach przy handlowych deptakach Taksimu podziwiać można letnie kolekcje zwiewnych, podkreślających wszelkie atuty figury kreacji, w których chusta współgra kolorystycznie z paskiem i torebką.

o chustach

Choć są oczywiście tradycjonalistki, które bez względu na 30-stopniowe upały, wybiorą zawsze stylową czerń.

o chustach

o chustach

19:08, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »

o pucybutach

Jedyna grupa społeczna, którą dosłownie w przeciągu dnia zdążyliśmy obdarzyć antypatią, to pucybuty. Nie ci rasowi, siedzący dostojnie przy swych złoto zdobionych stanowiskach z wysokimi stołkami dla klientów, u których swoje markowe buty glancują eleganccy biznesmeni. Jest bowiem w Istambule jeszcze druga ich kategoria; pucybuty-sępy.

Pucybuty-sępy żerują na turystach. Przez pół dnia potrafią siedzieć przykucnięci na krawężniku lub murku ze swoim miniaturowym, przenośnym warsztacikiem do czyszczenia obuwia wszelakiego, aż wypatrzą nieświadome ofiary. Wtedy, ni z tego, ni z owego, odczuwają nagłą i przemożną potrzebę zmienienia lokacji. Biorą więc swą skrzynkę-podnóżek w garść i ruszają naprzeciwko spacerowiczom, dokładnie tuż przed ich oczami gubiąc dużą szczotkę. Każdy, niepozbawiony ludzkich odruchów przechodzień, nawołuje naturalnie biedaka, myśląc o kruchej jego doli bez narzędzia pracy, jaką na chleb dla rodziny zarabia, a ten z wdzięczności  pada do stóp swego dobroczyńcy, który zanim się spostrzeże ma czyszczone buty (nawet jeśli jest w sandałach!). Wysłuchuje przy tym w nieprawdopodobnie szybkim tempie i telegraficznym skrócie historii ubogiej familii w Ankarze i głodnych niemowląt oraz, że cena usługi wynosi 18 lirów (36 PLN!), ale że za dobroć wyświadczona, to co łaska.

O skali tego szalbierczego zjawiska niech świadczy fakt, iż jednego tylko dnia w różnych częściach miasta szczotkę przed nami  upuszczono trzy razy. Przestrzegamy więc dobrodusznych turystów przed tą zakałą uczciwego ludu tureckiego.

18:59, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 maja 2010

o turkach 1

Ludzie są tu ekstremalnie mili. Próbują być pomocni za wszelką cenę, nawet jeśli nie mówią słowa po angielsku, ani w żadnym innym języku poza tureckim. Niejednokrotnie przypadkowi przechodnie zatrzymywali się, widząc nas pochylonych nad mapą i na migi tłumaczyli zakręty i kierunki, co nie zawsze przynosiło zamierzony skutek. Ale przecież liczą się chęci, a ich Turkom odmówić nie można.

Okazało się to już pierwszego wieczoru, gdy zapytany o drogę do naszego hostelu ochroniarz, obiegł wszystkie pobliskie restauracyjki w poszukiwaniu kelnera, który umiałby wytłumaczyć nam ze szczegółami przesiadki w różne środki lokomocji. A mógł przecież powiedzieć, że nie wie i nie rozumie... I tak już było do końca. Ani razu nie zdarzyło się, byśmy zostali bez pomocy czy informacji, gdy ich potrzebowaliśmy.

Należy przy tym wspomnieć, że pomoc turecka jest zupełnie bezinteresowna, co w wielu krajach (jak np. w Maroku) nie jest wcale oczywiste. Jasne, że każdy chce, abyś zatrzymał się w jego hotelu, hoteliku, pensjonacie, zjadł w jego restaurcji, kupił jego szaszłyki, gdy słyszą jednak, że masz już rezerwację czy że jadłeś obiad, sami wskażą ci drogę i tylko na odchodne wspomną, żebyś następnym razem nie zapomniał nazwy ich przybytku.

Turcy są również bardzo uczciwi. Ceny oczywiście się negocjuje, by osiągnąć kompromis na równi satysfakcjonujący kupującego i sprzedającego. Kiedy jednak cena zostanie uzgodniona, mowy nie ma o żadnych szachrajstwach. Towar pięknie opakowany wędruje do rąk nabywcy, a reszta wydawana jest co do grosza. Nigdy nie próbowano nas tu oszukać na reszcie, co jest notoryczną praktyką np. we Włoszech albo w Chorwacji, gdzie bezustannie trzeba liczyć drobne, bo sprzedawcy zwykli mylić się choćby o kilka grosików lub podwójnie nabijać ten sam towar na kasę. Turkom, spadkobiercom szlachetnej profesji kupieckiej się to nie zdarza.

o turkach 2

pierwsze wrażenie

Pierwsze wrażenie z Istambułu to hermetycznie czyste, składające się niemal wyłącznie z marmuru, szkła i aluminium, niezaśmiecone żadnym zbędnym elementem wystroju lotnisko Sabiha Gökçen po azjatyckiej stronie miasta, oglądane nocą zza autobusowej szyby rozjarzone neonami światowych marek megacity i myśl, że tempo gospodarczego rozwoju Turcji trudno przyrównać do jakiegokolwiek innego europejskiego państwa.

Drugie wrażenie, już za dnia, nie zmienia tego pierwszego. Nieskanalizowany, śmierdzący i niebezpieczny moloch z początku lat 90. bez wątpienia przeszedł już do historii. Oczywiście, jest  Istambuł turystów, odpicowany jak stróż w Boże Ciało i Istambuł slamsów – Gecekondu. Jest wreszcie wycentrowany Istambuł przeciętnego mieszkańca miasta i ten zdecydowanie bliższy jest doświadczeniu większości europejskich metropolii, niż musiał być jeszcze niespełna 20 lat temu.

Wydaje się, że uporczywe dążenie władz Turcji do Unii Europejskiej, jakkolwiek dla wielu (również Turków) może być  niezrozumiałe, daje krajowi silnego kopa we właściwym kierunku.

18:15, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
Akcja: Nie kradnij zdjęć!