RSS
niedziela, 30 stycznia 2011

Relację z naszej kolejnej wyprawy znajdziecie na blogu

WYSPA JAK KROPLA HERBATY

14:18, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 czerwca 2010

00:22, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 czerwca 2010

wszystko ataturka

W Turcji wszystko jest Atatürka. Są parki Atatürka, lotniska Atatürka, ulice, bulwary i skwery, boiska, szkoły, teatry i kluby sportowe Atatürka. W ogóle Mustafa Kemal Paşa jest w Turcji wszechobecny, a widok jego oblicza towarzyszy ludowi tureckiemu na każdym kroku, każdego dnia, we wszystkich powszednich czynnościach.

Przede wszystkim z uśmiechem gwiazdy filmowej spogląda on z banknotów o wszystkich nominałach na bankierów, kasjerów, kelnerów, paserów oraz wszelkiej maści sprzedawców, kupujących i żebrzących. Jego pomniki w liczbie kilku zdobią place każdego większego i średniego miasta w tym kraju, a jego portrety wiszą nie tylko w bankach i urzędach, ale także w kasach biletowych na dworcach, recepcjach hoteli i pól namiotowych, sklepach spożywczych i wielobranżowych, czy wreszcie, przyklejone taśmą klejącą objeżdżają ulice na wózkach z kukurydzą i obwarzankami.

To wszystko na co dzień. W święta narodowe liczba przedstawień Atatürka w przestrzeni publicznej się potraja.

wszystko ataturka

wszystko ataturka

wszystko ataturka

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Na ulicach tureckich miast żyją bezpańskie psy. Nie pojedyncze sztuki, ale całe watahy psów – dużych i bardzo łagodnych. Szczerze zadziwiająca jest ich neutralność wobec ludzi. Nie są one oczywiście, z racji swej wielkości i miejsca zamieszkania, spragnionymi pieszczot kanapowcami, nie wykazują  jednak absolutnie żadnych oznak agresji. Zazwyczaj nie wykazują także oznak zainteresowania. Powiedzielibyśmy raczej, że na ogół manifestują wobec ludzi swój stosunek głęboko „olewajski”, wylegując się niewzruszenie w cieniu najbardziej obleganych zabytków lub na środku jezdni, gdzie z niespotykanym wśród tureckich kierowców spokojem, są omijane przez kolejne samochody.

o psach

Uliczne psy noszą w uszach kolorowe kolczyki z numerkiem. Nie jesteśmy pewni znaczenia tych kolczyków, ale domyślamy się, że miasta muszą tu prowadzić jakiegoś rodzaju ewidencję tego swoistego inwentarza. Prawdopodobnie pozwala im to także kontrolować jego rozmnażanie i stan zdrowia, bo wszystkie okazy jakie spotkaliśmy, wydawały się być we wzorcowej kondycji.

Mówi się, że muzułmanie nie lubią psów, bo prorok Mahomet był przeciwny ich trzymaniu w domach. Nie tylko dlatego, że uważał je za zwierzęta nieczyste, ale przede wszystkim, ponieważ za pieniądze przeznaczone na utrzymanie psa, można w łatwością nakarmić bezdomnego. Może rzeczywiście niewielu Turków przechadza się ze swoimi czworonożnymi pupilami na smyczy. Trudno jednak jednoznacznie orzec o ich antypatii do psów, widząc jak z obciętych plastikowych baniaków robią dla ulicznych kundli miski na wodę lub jak resztki z bufetów i kebabowych restauracji układają na papierze zawsze obok śmietnika.

Bezpańskie psy w Turcji wydają się stanowić konieczne i nieodłączne ogniwo miejskiego ekosystemu. W każdym razie wyglądają i zachowują się tak, jakby właśnie na ulicach były doskonale na swoim miejscu.

o psach

sobota, 12 czerwca 2010

Antalya to trochę porażka. Pięknie położona nad turkusowym morzem, z dramatycznie majaczącymi ponad plażą sylwetkami gór i fantastycznie odrestaurowaną ottomańską zabudową starego miasta, jakieś 10 lat temu miała ambicje i wszelkie możliwości, by stać się perłą Tureckiej Riwiery. Paradoksalnie jednak na jej wielką niekorzyść zadziałał fakt, iż Antalya jest najzamożniejszym i najszybciej rozwijającym się infrastrukturalnie miastem Turcji. W rezultacie plany uczynienia z niej sielankowego nadmorskiego kurortu w pewnym momencie potoczyły się nie do końca właściwym torem i Antalya stała się czymś na kształt Sopotu, tylko że wielkości Warszawy.

antalya

W zasadzie niewiele więcej mamy do powiedzenia o samym mieście, którego zwiedzanie może się śmiało zamknąć w 30 minutach. Chcielibyśmy natomiast (korzystając z okazji) gorąco polecić rodzinną restauracyjkę Huseina (zaraz za meczetem, naprzeciwko  Bramy Hadriana, od strony wyjścia z toalet), w której jadają tylko miejscowi, nikt nie mówi w innym języku niż turecki i nie ma nawet menu. Serwis jest za to pięciogwiazdkowy, a jedzenie pyszne, w dużych ilościach i za połowę ceny restauracji zgromadzonych na placyku między Starym Bazarem a Wieżą Zegarową, gdzie gdy zapada zmrok, zbierają się na żer wszyscy turyści Antalyi.

Pozdrawiamy Huseina, jego żonę i siostrę.

piątek, 11 czerwca 2010

Ostatniego wieczoru przed opuszczeniem Kapadocji postanowiliśmy wybrać się na wzgórze oficjalnie oznaczone na wszystkich lokalnych mapach jako najpiękniejszy punkt widokowy na zachód słońca.

Trochę nas zdziwiło, że droga w ten urokliwy zakątek przez finalne sześć kilometrów wiedzie szerokim asfaltem. Zdziwienie nasze wzmogło się jeszcze, gdy w pobliżu wzgórza, z coraz większą częstotliwością, zaczęły nas mijać pełne autokary wycieczkowe. Szczyt swój natomiast osiągnęło, kiedy na ciągnącej się wśród szczerych pól drodze, wyrósł szlaban z budką jakby celnika, z której wyłonił się pan, oznajmiając, iż podziwianie zachodu słońca kosztuje 1 lirę od osoby. Uiściliśmy opłatę (no bo jakże tu przegapić najromantyczniejsze widowisko w regionie), w zamian za co wręczono nam po oficjalnym bilecie na wzgórze, profesjonalnie wydrukowanym na kredowym papierze z hologramem i pieczęcią parku narodowego. Dzierżąc nasze bilety, poszliśmy dalej ku zachodzącemu słońcu, ku któremu z dużą prędkością, nie budząc już naszego zdziwienia, zdążało także parę samochodów dostawczych.

Kiedy równiusieńkim asfaltem dotarliśmy na wierzchołek, okazało się, że stoi tam zaparkowanych pięć autokarów a wokół nich, zbity w gęstą masę, kręci się podekscytowany tłumek turystów. W 100 procentach japońskich i w daszkach. Wokół tłumku natomiast kilku mężczyzn gorączkowo rozstawia, wydobywane na prędce z samochodów dostawczych, stragany z suszonymi owocami.

Słońce, widziane ze wzgórza, zaszło jak zachodzi co dnia, a największej atrakcji tego wieczoru dostarczył nam widok spóźnionego autobusu mknącego w stronę szczytu dokładnie w chwili, gdy ostatni promyczek gasł za horyzontem.

W sekundę później wszyscy Japończycy z torbami suszonych śliwek zapakowali się do autokarów i zniknęli. Kolejne trzy sekundy i odjechali swymi ciężarówkami sprzedawcy owoców. Najromantyczniejsze wzgórze Kapadocji opustoszało, a my jako jedyni opuściliśmy je na własnych nogach.

w stronę słońca

czwartek, 10 czerwca 2010

Jak można było wywnioskować z naszych wcześniejszych dywagacji, muzeum skalnych kościołów w Göreme nie urzekło nas swoim mega-turystycznym klimatem, jest natomiast absolutnym i bezdyskusyjnym „must see” Kapadocji.

Na wstępie czujemy się w obowiązku sprostować powszechnie panujące przekonanie, iż do muzeum należy udać się wcześnie rano, aby uniknąć tłumów. Otóż tłumów uniknąć się nie da, ani zaraz po otwarciu, ani tuż przed zamknięciem, ani w brzydką pogodę, ani nawet w święto narodowe (my byliśmy tam 19 maja).  Nadjeżdżające ze wszystkich stron świata autokary bezustannie wypluwają z siebie w okolice kas biletowych rzeki ludzi, które po przepłynięciu przez bramki wejściowe, wartkim i spienionym strumieniem wlewają się kolejno do wnętrz poszczególnych kościołów. Brak tu nie tylko romantyzmu i tego dreszczyku Indiany Jonesa, jakiego doświadcza się odkrywając zapomniane skalne świątynie w opustoszałych dolinach. Brak tu także zwyczajnej możliwości obejrzenia fresków, które po zakorkowaniu ludzkim czopem jedynego źródła światła, którym dla pozbawionego okien kościoła jest wejście, stają się po prostu niewidoczne.

A naprawdę jest tu co oglądać. Kapadocja już od IV wieku była bowiem największym ośrodkiem wschodniego monastycyzmu. Do dziś odkryto na jej obszarze około tysiąca wydrążonych w skale klasztorów, kościołów i kaplic, z których wiele zdobią dobrze zachowane freski. Co ciekawe, wyraźnie odzwierciedlają one echa ikonoklastycznej zawieruchy, jaka przeszła przez Cesarstwo Bizantyjskie w VIII i IX wieku. Obok pięknych figuratywnych przedstawień  świętych i scen biblijnych, zobaczyć tu można prymitywne geometryczne wzory, koślawe krucyfiksy i dziwne insekty o niezrozumiałej symbolice. Wszystko to malowane czerwoną farbą, niezręcznie, jakby ręką dziecka.

o muzeum musi być

(Tajemniczy rak-insekt i kurczak z Kaplicy Św. Barbary)

Najdoskonalej zachowane freski znajdują się w tzw. Kościele Ciemnym. Ich kolory pozostały tak samo żywe, jak były 1000 lat temu, ponieważ przez cały ten czas światło praktycznie nie miało do nich dostępu.

o muzeum musi być

o muzeum musi być

Plebiscyt na najciekawszą freskową historię wygrywa natomiast Kościół z Wężem, na którego ścianie widnieje taka oto postać:

o muzeum musi być

(Chodzi o postać z lewej)

Przypowieść mówi, iż żyła sobie pewnego razu przepiękna acz pobożna dziewczyna, której wdzięki sprowadzały na manowce myśli wielu mężczyzn. Nieboraczka, nie chcąc być przyczyną potępienia ich grzesznych  dusz, modliła się, by odebrano jej urodę. Dobrotliwy Pan Bóg wysłuchał jej próśb i zamienił ją w brzydkiego starca, któremu jednak pozostawił kobiece piersi (bo niezbadane są wyroki boskie). Zachwycony tym zrządzeniem starzec, żył jako pustelnik aż do końca swych dni i został Świętym Onufrym.

wtorek, 08 czerwca 2010

Nie wiadomo dokładnie kiedy ludzie zdali sobie sprawę, że miękkie kapadockie skały są doskonałym materiałem na dom, świątynię lub stajnię. Wiadomo natomiast, że swoje siedziby wykuwali w nich tutejsi chrześcijanie, wcześniej Rzymianie, a przed nimi Hetyci, choć prawdopodobnie to również nie oni wpadli na ten pomysł jako pierwsi. W rezultacie niemal każda nadająca się do zamieszkania skała poryta jest teraz siatką okien, drzwi, korytarzy i schodów. Niektóre z nich, mimo że dawno opuszczone, przy niewielkim wkładzie własnym,  jeszcze dziś mogłyby uchodzić za niezłej klasy kilkupiętrowe apartamenty. Inne są apartamentami sensu stricte, gdyż wciąż mieszkają w nich ludzie. W Kapadocji nie są bowiem rzadkością skały z wprawionymi drzwiami i oknami, z latarniami, antenami telewizyjnymi oraz ławką i ogródkiem. A gdy powiększa się rodzina, wystarczy tylko wykuć sobie dodatkowy pokój. Tanio, szybko, funkcjonalnie.

o domach w tufie kutych

o domach w tufie kutych

(Nawet stajnie nie zmieniły się tutaj za bardzo)

Poza pomieszczeniami codziennego użytku, w wielu dolinach, zupełnie niespodziewanie natknąć się można na stare kościoły. Niekiedy najbardziej niepozornie wyglądająca jaskinia kryć może w swoim wnętrzu  świetnie zachowaną trzynawową bazylikę z kolumnami, kopułą i grobowcami w przedsionku. Wszystko to wykute w litej skale!

o domach w tufie kutych

Najbardziej nieprawdopodobne są jednak całe skalne miasta, wyglądające jak olbrzymie termitiery, które zapewniały swoim mieszkańcom wszystko, czego po mieście można się spodziewać. Znajdowały się w nich hale do publicznych spotkań, magazyny towarów wszelakich, kuchnie, świątynie, hotele dla kupców i stajnie dla karawan, a nawet wytwórnie wina. Największe z nich, otwarte dla zwiedzających to Kaymaklı i Derinkuyu, dochodzące do 15 pięter i, jak się ostatnio okazało, połączone ze sobą prawie 10 kilometrowym tunelem!

My odwiedziliśmy Kaymaklı, gdzie zeszliśmy osiem pięter pod ziemię i zaręczamy, że system wentylacyjny do dziś działa bez zarzutu (a nie ma tam żadnej klimatyzacji).

o domach w tufie kutych

poniedziałek, 07 czerwca 2010

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

Ponad 300 milionów lat zajęło naturze ukształtowanie fantastycznego krajobrazu Kapadacji. Najpierw trzy wulkany Hasan, Melendiz i Erciyes ustawicznie zasypywały obszar pomiędzy sobą grubymi warstwami miękkiego tufu, od czasu do czasu urozmaicając sobie ten proces wybuchaniem i wypluwaniem ze swych przepastnych wnętrz potoków odporniejszej na erozję lawy. Przez następne kilka milionów lat woda i wiatr siłą torowały sobie ścieżki przez utwardzone wulkaniczne skały, aż wreszcie jakieś 2,5 - 3 tysiące lat temu swoje „trzy grosze” do obecnego image’u Kapadocji zaczął dorzucać także człowiek. W rezultacie powstał krajobraz tak niezwykły, iż często nazywa się go księżycowym i na pewno nikogo, komu dane było pospacerować kapadockimi dolinami, nie zdziwi fakt, że to właśnie tutaj, w Dolinie Ihlara postanowiono kręcić „Gwiezdne Wojny”.

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

Wędrowanie po Kapadocji jest bardzo przyjemne z co najmniej dwóch powodów. Pomijając pierwszy, oczywisty, a mianowicie niesamowite geologiczne piękno regionu i nadspodziewaną bujność jego przyrody (wulkaniczne gleby są bardzo żyzne), warto wspomnieć drugi, jakim jest absolutny brak dzikich turystycznych tłumów, które jeśli nie kotłują się w obrębie göremskiego muzeum, to prawdopodobnie jadą akurat autokarami do jednego z dwóch największych skalnych miast Kaymaklı bądź Derinkuyu. Poza tymi miejscami turystów prawie nie ma. Z rzadka słychać tylko brzęczenie (solo lub w duecie) silników quadów na szerszych i łatwiej dostępnych szlakach, wiodących do którejś ze sławnych Dolin Miłości.

Miejsc noszących taką nazwę jest w Kapadocji niemało, a zawdzięczają ją one swym oryginalnym skalnym formacjom o dość jednoznacznie sugestywnych kształtach.

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

o kosmicznych dolinach i kamiennych fallusach

czwartek, 03 czerwca 2010

goreme

Göreme to malutkie miasteczko w Kapadocji, którego oficjalne życie toczy się rytmem całkowicie podporządkowanym potrzebom turystów. Jest tu ponad 120 hoteli i pensjonatów, w większości wykutych w miękkiej wulkanicznej skale, by dać swym tymczasowym mieszkańcom złudzenie, iż zasmakowali tradycyjnego kapadockiego stylu życia (z bezprzewodowym internetem, klimatyzacją, breakfast included). Są też sklepy, w których nie kupują tutejsi i restauracje, w których nie jadają. Wieczorami zaś na głównej ulicy pojawiają się wąsaci panowie w haftowanych kamizelkach i fezach, z wielbłądami, na których można sobie zrobić zdjęcie lub nawet przejechać się wokół fontanny.

Turystki noszą tu kolorowe, zwiewne, elegancko skrojone szarawary, w których wyglądają jak współczesne Szeherezady. Miejscowe baby też noszą szarawary. Zwykle ciemne w drobny, gęsty wzorek, naciągnięte pod sam biust. Wyglądają w nich jak pękate matrioszki. Zasłaniają też dolną część twarzy, ale tylko poniżej nosa.

goreme

Turyści płci męskiej wydają się spędzać cały swój czas półleżąc na restauracyjnych otomanach z piwem Efes w jednej i nargilą w drugiej dłoni. Kiedy nie półleżą, ujeżdżają po najbliższej okolicy na quadach, wzniecając straszne tumany kurzu.

Poza tym wszystkim, Göreme jest jednak świetną bazą wypadową do pieszych wędrówek. Położone centralnie, u zbiegu najciekawszych dolin, daje możliwość zobaczenia w stosunkowo krótkim czasie wszystkiego, co Kapadocja ma najlepszego do pokazania.

goreme

Z życia pozaturystycznego, Göreme ma też nowiusieńki, odpicowany, choć niewielki meczet z doskonałym systemem nagłaśniającym, który nikomu nie pozwala przegapić pory na modlitwę. Wezwania muezinów w Turcji brzmią jednak – zupełnie inaczej niż w Maroku – tak pięknie i śpiewnie, że aż nie ma się żalu, iż trzeba ich słuchać o czwartej nad ranem.

goreme

20:22, los2vagabundos
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
Akcja: Nie kradnij zdjęć!